Uwielbiam w takie dni wspominać jakie było piękne lato.A przyznać muszę, że lato
2009 było super, przynajmniej dla mnie. Zdobyłam nowe doświadczenia z zakresu sportu. Odważyłam się na pewne szaleństwo.
Znalazłam w internecie bieg w Karlinie i wyczytałąm, że osoby niepełnosprawne też mogą wziąć w tym biegu na 15km udział.
Właściwie to mogłam znaleźć inny bieg, gdzieś bliżej, ale po CO, skoro ja sobie wymyśliłam KARLINO nad samym morzem.
Mój mąż wspaniały musiał spełnić moją zachciankę i pojechaliśmy. Spalismy w Wiosce Dziecięcej, przepięknej zresztą, rano szybko pojecahliśmy nad morze, zjedliśmy obiad w południe, kiedy to zazwyczaj moją porą obiadową jest 17-a - ..no i na 15-ą pojechaliśmy na mój pierwszy bieg w życiu.



Oj jakie to były emocje. Oczywiście udawałam twadzielkę, ale jak zobaczyłam tych ludzi, start i jak doszło już do startu to nerwy mnie tak zżerały, że jak tylko wyruszyłam i miałam ogromną górę do pokonania, to stękałam jak stara babcia, bo raz że ze szczęścia, że biorę w tym udział, a dwa, że nie mogłam w to uwierzyć, że na starcie mam taką górę do pokonania hihihi.
Potem pamiętam jak jechałam i dziwiłam się, że uzyskuję nieprawdopodobną prędkość jak na mój "słaby" sprzęt, bo nawet miałam na liczniku 30km/h.
No i tak gnałam, jak się zmęczyłam to odpoczywałam sobie po 1 minucie - trzy razy miałam taki odpoczynek - i na mecia byłam po godzinie!
15km w godzinę. Na moim rowerze, nie mogłam w to uwierzyć.
Po drodze mijał mnie mąż samochodem w środku z psem i machali do mnie <pies nie machał, ale merdał ogonem na mój widok zdecydowanie szybciej!>. Kiedy byłam blisko mety, zaczęła sie beznadziejna droga, pełno kostki brukowej i progi zwalniające, myślałam, że śnię. Poza tym dwa razy zgubiłam drogę!

Tak, to w moim stylu, jakieś dziecko krzyczało za mną: "NIE TAM" i palcem pokazało mi gdzie. Ja ze śmiecham na ustach zawróciłam i wróciłam na trasę. Zmęczona, ostatkiem sił dojechałam do tej mety i myślałam, że eksploduję ze szczęścia...
Cudowna chwila, nie da sie tego opisać, tych emocji, szczęścia, że SIĘ UDAŁO, że dojechałam, że nie złapałam gumy, że nie zboczyłam z trasy hihih. Wszystko na raz.
Potem to oczekiwanie na wręczenie nagród, którkie wywiady, załadunek do samochodu i ponad 6h jazda samochodem do domu tego samego dnia!
Wszystko na wariackich papierach dosłownie!
NO I DRUGIE WSPOMNIENIENajmniej w mój sukces to wierzył mąż

No, ale nie mam mu tego za złe, bo przecież miał po części rację.
Pokonać 42km na słabym sprzęcie, ciężkim jak diabli i do tego ....
No właśnie wszystkie znaki mówiły na niebie, że zwyczajnie nie wezmę udziału.
Przed maratonem dałam rower do modernizacji, miałam koła ukośnie i zwiększoną zębatkę.
Długo to trwało i w tym czasie nie trenowałam. Rower dostałam na 2 tygodnie przed zawodami.
Coś nie grało mi w moim sprzęcie, ale nie wiedziałm do końca co. Chciałam go zmodernizować po to, żeby szybciej jeździć, tymczasem miałam wrażenie, że jestem jakaś wyjątkowo słaba i jeżdżę beznadziejnie.
Jakie mną targały myśli to dosłownie parodia jak sobie przypomnę. Jednago dnia mówiłam do mężą:"masz rację, to głupi pomysł, dziś ledwo 21km przejechałam, a ja chcę przejechać 42, to po prostu niemożliwe", a na drugi dzień krzyczałam z entuzjazmem: "dam radę!"
Nadszedł upragniony dzień. W swoje siły wierzyłam, gorzej w sprzęt...
Kiedy na starcie zobaczyłąm "tłum" niepełnosprawnych na "zajefajnych" rowerach, wcale a wcale mnie to nie zniechęciło. Pomyślałam sobie, że widocznie tak ma być.
Wystartowaliśmy!
Handbikeowcy gnali jak wystrzeleni z TORPEDY, a ja? No hmmm yyy no jak ślimaczek.
Po 20km było już tylko lepiej, do 20km masakra, raz nawet wymiotować mi się chciało

Ale nagle doznałam olśnienia, przyśpieszyłam i po 3h i 45 dojechałam na metę.
NIE MOGŁAM W TO ?UWIERZYĆ...
Dalj było podobnie jak w Karlinie bla bla ale co najciekawsze w tym wszystkim????
......................................................................................................
Pojechaliśmy do domu i okazało się że opony były zdarte do dętek. Najpierw pomyślałam, że widocznie to normalne przy tylu kilometrach na raz, ale nie...
Rower po modernizacji miał źle ustawione koła przez co przez 42km jechałam na obciążeniu. Walcząc z własnym sprzętem. Czułam, że mi ciężko, ale zwalałam to na własną słabość i beznadzieję.
Do dziś zastanawiam się o ile mój czas byłby lepszy, gdybym nie "szarpała" się z rowerem...
ehhh
ALE było pięknie.
Te emocje
Ta duma
Te łzy w oczach...
Ta niemalże władza nad niemocą
To poczucie spełnienia
To poczucie, że niemożliwe jest możliwe!!!
NIKT mi tego nie zabierze.
Nawet ta obleśna zima
![]:-> ]:->](http://i.wp.pl/a/i/blog/emot/smile38.gif)

A tutaj? Wyobraźcie sobie, że jedziecie 42 km bez wytchnienia, w gorącu i modląc się o szybki koniec, a tu przed samą metą dosłownie metr przed wami upada człowiek!!!
Raz że musisz w porę zareagować, widać, że zachowałam jakiś rozsądek i skierowałam się na prawo, żeby go nie połamać swoim ciężkim rowerem, a DWA nie możesz w to uwierzyć, że to się dzieje naprawdę!
Ale on przeżył, wstał szybko, ja wyprostowałam koło i z mała obsuwą czasową już byłam na mecie, reszta się nie liczyła. Dojechałam.
http://www.youtube.com/watch?v=9ZVomPRMvYoA tu

widać mnie i za mną na rowerze dzielny mąż w asyście.
komentarze (3) | dodaj komentarz